Dziewczęta z blogu – Bar Mleczny zaprosiły mnie do udziału w ich zabawie wspominkowo jedzeniowej.
W tej edycji pytania zadawały Sihaja i Polka w Yorku.
Oto nasze zadanie domowe:
1.
Czego Wam najbardziej brakuje z PRLu i dlaczego? Np. kredek bambino czy wypasionej wieczorynki w niedziele
2.
Pierwsze zmagania w kuchni, pierwsza potrawa, czyli wspomnienia z czasów, kiedy uczyłaś/uczyłeś się gotować.
Zastanawiałam się cały tydzień nad pytaniem, czego brakuje mi najbardziej w czasu PRL. I odpowiedź będzie raczej nietypowa: mojej przyjaźni z Anią. Mieszkałyśmy drzwi w drzwi a nasze rodziny się przyjaźniły. Przeprowadziliśmy się pod koniec lat 80tych i powoli nasze drogi się rozeszły, lecz zawsze wspominam tamte czasu z łzą w oku. Pamiętam nasze wygłupy, zabawę we fryzjera i ścinanie sobie grzywek. Pamiętam jak Ania przymusiła mnie do zjedzenia zupy pomidorowej i jak wybiła mi zęba, gdy jej przeszkadzałam. Wprawdzie poszłyśmy innymi drogami, każda z nas ma innych przyjaciół, to jednak tamtej pierwszej przyjaźni nie da się zapomnieć.
Gdy miałam 12 lat moja mama wróciła do pracy zawodowej, dla Magdy, mojej młodszej siostry i mnie był to lekki szok. Wcześniej zaraz po powrocie ze szkoły myłyśmy ręce i siadały do obiadu, niestety mama pracowała na zmiany, czasem aż do 22 i jeśli Taty nie było w domu musiałam sama coś przygotować. Zazwyczaj podgrzewałam jedzenie przygotowane przez mamę wcześniej, lecz z czasem stwierdziłam, że ja mogę sama. Oczywiście nie powiedziałam o tym mamie. Pewnego dnia Mama powiedziała, że wróci z pracy koło 15 tej i że rosół będzie na obiad. Postanowiłam pomóc jej przygotować go wcześniej. Przygotowałam wszystkie warzywa, umyłam kurczaka, nalałam wody i wsypałam całą paczkę kminku i włączyłam palnik. Wielce zadowolona czekałam na przyjście mamy z pracy. Najpierw się załamała jak zobaczyła moje dzieło, a potem zaczęła się śmiać. Cóż mieliśmy kapuśniak tego dnia na obiad, a ja dostałam książkę kucharską od mamy w prezencie i tak się zaczęła moja kariera kulinarna.
Drugą potrawą, którą pamiętam była spalona jajecznica. Szczegółów przygotowywania nie pamiętam, aczkolwiek pamiętam zakończenie – spalona jajecznica, do zjedzenia której zmusiłam Magdę. Do dziś mi to wypomina;)
To na tle wspominek. Jutro przyjdzie czas na coś teraźniejszego i sfotografowanego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
25 października, 2008
13 września, 2008
po przerwie
Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo ciężkie. Nie pisałam z wielu powodów. Najpierw problemy techniczne z blogiem, potem posypał się nam Internet a następnie mój ukochany laptop wyzionął ducha. Nie wspominając o aparacie, który został zalany przypadkowo Martini i przestał funkcjonować. W międzyczasie byliśmy na wakacjach na Ibizie, chrzcinach w UK i odwiedziliśmy Polskę. Nazbierało się również wiele problemów ze zdrowiem i psychiką, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. W pewnym momencie uzmysłowiłam sobie, że chwilowo nie mogę prowadzić bloga bo nie mam o czym pisać. Gotowanie przestało sprawiać mi jakąkolwiek radość i traktowałam to jako obowiązek i to na dodatek przykry.
Od kilku dni jednak coraz częściej się uśmiecham, myślę o tym, że jest przyszłość i że niekoniecznie ma tylko ciemne barwy. Wczoraj pierwszy raz od dawna poczułam potrzebę przygotowania czegoś nowego. Zaskoczenia Krzyśka i siebie samej czymś nowym i wykwintnym. Może wpłynęła na to świadomość, że ponownie zaczynam studia, że mam znów zielone światło od lekarzy na treningi a co za tym idzie czas na gotowanie będzie bardzo ograniczony, a przez to cenny. Nie obiecuję, że będę często pisać, ba nawet nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda, lecz jeśli kogokolwiek to interesuje, to wracam do pisania i gotowania. I się nie poddam, bo wreszcie widzę światełko w tunelu.
Miłego dnia
Agata
Od kilku dni jednak coraz częściej się uśmiecham, myślę o tym, że jest przyszłość i że niekoniecznie ma tylko ciemne barwy. Wczoraj pierwszy raz od dawna poczułam potrzebę przygotowania czegoś nowego. Zaskoczenia Krzyśka i siebie samej czymś nowym i wykwintnym. Może wpłynęła na to świadomość, że ponownie zaczynam studia, że mam znów zielone światło od lekarzy na treningi a co za tym idzie czas na gotowanie będzie bardzo ograniczony, a przez to cenny. Nie obiecuję, że będę często pisać, ba nawet nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda, lecz jeśli kogokolwiek to interesuje, to wracam do pisania i gotowania. I się nie poddam, bo wreszcie widzę światełko w tunelu.
Miłego dnia
Agata
01 stycznia, 2008
podsumowanie
Rok 2007, przeminął kilka godzin temu. Zastanawiałam się nad tym jak go podsumować. Przede wszystkim był długi i intensywny. Przyniósł wiele dobrych rzeczy, kilka nieokreślonych i kilka złych.
Na wielu blogach pojawiają się podsumowania roczne, lista najlepszych potraw, zazwyczaj z faworytami miesiąca.
Ja za rzadko piszę żeby wybierać danie miesiąca, ale postanowilam wybrać najlepsze przygotowane przeze mnie potrawy i przypomnieć Wam o nich.
Słodkim faworytem jest Cappuccino Coffee Cake
Obiadowym daniem roku jest Zapiekanka pasterska
A jakie mam plany na 2008?
- dbać o siebie
- częściej pisać na blogu i dzielić się z Wami pomysłami na dobre jedzenie
- zacząć systematycznie ćwiczyć
- systematycznie się uczyć
- znów planować dzień, tydzień, miesiąc i przestać narzekać na brak czasu
- spędzać mniej czasu przy komputerze
- poprowadzić bloga w wersji angielskiej
- kochać sama siebie taką, jaką jestem, a nie tylko od czasu do czasu
- zrobić prawo jazdy
- wyjechać we wakacje, choć na kilka dni do ciepłych krajów na urlop
I wierzę, że się uda.
Szczęliwego Nowego Roku!
Na wielu blogach pojawiają się podsumowania roczne, lista najlepszych potraw, zazwyczaj z faworytami miesiąca.
Ja za rzadko piszę żeby wybierać danie miesiąca, ale postanowilam wybrać najlepsze przygotowane przeze mnie potrawy i przypomnieć Wam o nich.
Słodkim faworytem jest Cappuccino Coffee Cake
Obiadowym daniem roku jest Zapiekanka pasterska
A jakie mam plany na 2008?
- dbać o siebie
- częściej pisać na blogu i dzielić się z Wami pomysłami na dobre jedzenie
- zacząć systematycznie ćwiczyć
- systematycznie się uczyć
- znów planować dzień, tydzień, miesiąc i przestać narzekać na brak czasu
- spędzać mniej czasu przy komputerze
- poprowadzić bloga w wersji angielskiej
- kochać sama siebie taką, jaką jestem, a nie tylko od czasu do czasu
- zrobić prawo jazdy
- wyjechać we wakacje, choć na kilka dni do ciepłych krajów na urlop
I wierzę, że się uda.
Szczęliwego Nowego Roku!
29 grudnia, 2007
świąteczny czas
Dla mnie grudzień oznacza przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Piękny czas, pełen radości, światełek, zapachu piernika i pomarańczy. Boże Narodzenie to czas tradycji, tych celebrowanych w rodzinie od wieków i tych nowych, stworzonych przez nas samych.
W naszym domu staramy się połączyć tradycje obu rodzin, z których się wywodzimy oraz dodać, co nieco od siebie. Moment, gdy ubieramy choinkę, gasimy światło i zapalamy światełka ma dla mnie magiczną moc, wszystko, co złe się zdarzyło, wszystko mroczne, co czujemy ucieka i zostaje tylko piękno bożonarodzeniowego drzewka.

Święta to nie tylko czas pięknych dekoracji, to również jedzenie, dużo pysznego jedzenia. Moją ulubioną potrawą wigilijną jest żur z ziemniakami i grzybami. Mogłabym to jeść prawie codziennie. Krzysiek przepada za sałatką śledziową wg przepisu swojej mamy. Jest wielce zadowolony, że ja śledzi nie jadam i cała jest dla niego. Ponadto ciasta, obowiązkowy sernik oraz makowiec i wafel dla Krzyska. Mój zachłanny małżonek w tym roku jadł go na śniadanie i kolację i każdą możliwą przekąskę i wielce zdziwiony oświadczył wczorajszego popołudnia, że już zjadł wszystko, oczywiście z miną Kubusia Puchatka, przyłapanego na wylizaniu wszystkich baryłek miodu.
Czas świąteczny jednak już przeminął, prezenty odpakowane, smakołyki zjedzone, tylko drzewko wciąż stoi i nadaje magiczny wymiar naszym dniom.
W naszym domu staramy się połączyć tradycje obu rodzin, z których się wywodzimy oraz dodać, co nieco od siebie. Moment, gdy ubieramy choinkę, gasimy światło i zapalamy światełka ma dla mnie magiczną moc, wszystko, co złe się zdarzyło, wszystko mroczne, co czujemy ucieka i zostaje tylko piękno bożonarodzeniowego drzewka.

Święta to nie tylko czas pięknych dekoracji, to również jedzenie, dużo pysznego jedzenia. Moją ulubioną potrawą wigilijną jest żur z ziemniakami i grzybami. Mogłabym to jeść prawie codziennie. Krzysiek przepada za sałatką śledziową wg przepisu swojej mamy. Jest wielce zadowolony, że ja śledzi nie jadam i cała jest dla niego. Ponadto ciasta, obowiązkowy sernik oraz makowiec i wafel dla Krzyska. Mój zachłanny małżonek w tym roku jadł go na śniadanie i kolację i każdą możliwą przekąskę i wielce zdziwiony oświadczył wczorajszego popołudnia, że już zjadł wszystko, oczywiście z miną Kubusia Puchatka, przyłapanego na wylizaniu wszystkich baryłek miodu.
Czas świąteczny jednak już przeminął, prezenty odpakowane, smakołyki zjedzone, tylko drzewko wciąż stoi i nadaje magiczny wymiar naszym dniom.
11 września, 2007
Fałszywki
Dziś znów będzie bezkulinarnie
Ale za to z gatunku wieściowo – przemyśleniowego.
Dawno nie zaglądałam na forum mojego rodzinnego miasta. Kilka tygodni chyba. Głównie z braku czasu i w sumie nie chciałam się mieszać w sprawy, o których bądź, co bądź nie są już „moimi”. No ale diabeł mnie podkusił i zajrzałam wczoraj, zajrzałam dzisiaj. I przypomniałam sobie, czemu się tak rzadko udzielam. Irlandia oraz podziemie i ciocin nauczyły mnie, że owszem, można się z kimś nie zgadzać, można żarliwie dyskutować, ale powinno się to robić pod względem merytorycznym, z klasą, opanowaniem i poszanowaniem dla pozostałych rozmówców. Zapomniałam, jak było tam, że pieniactwo się pojawia, że ludzie wyjeżdżają z ciosami poniżej pasa, że robią wycieczki osobiste. Pokazują, że łatwiej jest napisać, co się pojawiło w głowie bez względu na to, że to rani innych niż pomyśleć i odpowiedzieć inteligentnie i z dowcipem. Smutno mi się zrobiło, potem się zdenerwowałam, bo nie lubię jak ktoś mnie miesza do czegoś, do czego sama się nie pcham. Owszem zostałam przeproszona, za pomocą prywatnej wiadomości, a nie na forum publicznym gdzie rzucono takim a nie innym stwierdzeniem. W sumie po całej sprawie pozostał niesmak i zażenowanie. A i smak budyniu waniliowo czekoladowego podjadanego podczas całego „zajścia”.
I tak się tylko zastanawiam, czemu ludzie myślą, że są anonimowi, że mogą pisać, co im się żywnie podoba, bo tak, skoro tak nie jest. Żadne z nas nie jest anonimowe, tak do końca. Można udawać, grać kogoś, kim się nie jest, zmieniać wirtualną płeć, wiek, orientację, ale i tak spod fałszywki wychodzi to, kim jesteśmy naprawdę. Nie można tak do końca zmienić stylu pisania, w nerwowych momentach wychodzą takie a nie inne przyzwyczajenia, informacje itd. Zresztą, po co to? Nie lepiej stać z otwartą przyłbicą mówiąc – to ja. Czy w tym świecie jest nie dość zakłamania, fałszu i podróbek, żeby chować się za atrapą własnej osobowości? Nie sądzę żeby udało mi się to zrozumieć, może, dlatego że pomimo tego, że czasem się nie lubię, czasem nie akceptuję tego, co zrobiłam, kim byłam, jakie „trupy trzymam w szafie” to wiedziałam, że ja to ja – jestem sobą i dobrze się w swojej skórze czuję, pomimo bagażu.
No koniec pisaniny na dziś, czas iść spać.
PS. Trzymajcie jutro za mnie kciuki po 18 mojego czasu. Mam testy z angielskiego aplikujące na zaawansowany stopień kursu językowego. W końcu wypada się zacząć uczyć ;) jesień przyszła.
Ale za to z gatunku wieściowo – przemyśleniowego.
Dawno nie zaglądałam na forum mojego rodzinnego miasta. Kilka tygodni chyba. Głównie z braku czasu i w sumie nie chciałam się mieszać w sprawy, o których bądź, co bądź nie są już „moimi”. No ale diabeł mnie podkusił i zajrzałam wczoraj, zajrzałam dzisiaj. I przypomniałam sobie, czemu się tak rzadko udzielam. Irlandia oraz podziemie i ciocin nauczyły mnie, że owszem, można się z kimś nie zgadzać, można żarliwie dyskutować, ale powinno się to robić pod względem merytorycznym, z klasą, opanowaniem i poszanowaniem dla pozostałych rozmówców. Zapomniałam, jak było tam, że pieniactwo się pojawia, że ludzie wyjeżdżają z ciosami poniżej pasa, że robią wycieczki osobiste. Pokazują, że łatwiej jest napisać, co się pojawiło w głowie bez względu na to, że to rani innych niż pomyśleć i odpowiedzieć inteligentnie i z dowcipem. Smutno mi się zrobiło, potem się zdenerwowałam, bo nie lubię jak ktoś mnie miesza do czegoś, do czego sama się nie pcham. Owszem zostałam przeproszona, za pomocą prywatnej wiadomości, a nie na forum publicznym gdzie rzucono takim a nie innym stwierdzeniem. W sumie po całej sprawie pozostał niesmak i zażenowanie. A i smak budyniu waniliowo czekoladowego podjadanego podczas całego „zajścia”.
I tak się tylko zastanawiam, czemu ludzie myślą, że są anonimowi, że mogą pisać, co im się żywnie podoba, bo tak, skoro tak nie jest. Żadne z nas nie jest anonimowe, tak do końca. Można udawać, grać kogoś, kim się nie jest, zmieniać wirtualną płeć, wiek, orientację, ale i tak spod fałszywki wychodzi to, kim jesteśmy naprawdę. Nie można tak do końca zmienić stylu pisania, w nerwowych momentach wychodzą takie a nie inne przyzwyczajenia, informacje itd. Zresztą, po co to? Nie lepiej stać z otwartą przyłbicą mówiąc – to ja. Czy w tym świecie jest nie dość zakłamania, fałszu i podróbek, żeby chować się za atrapą własnej osobowości? Nie sądzę żeby udało mi się to zrozumieć, może, dlatego że pomimo tego, że czasem się nie lubię, czasem nie akceptuję tego, co zrobiłam, kim byłam, jakie „trupy trzymam w szafie” to wiedziałam, że ja to ja – jestem sobą i dobrze się w swojej skórze czuję, pomimo bagażu.
No koniec pisaniny na dziś, czas iść spać.
PS. Trzymajcie jutro za mnie kciuki po 18 mojego czasu. Mam testy z angielskiego aplikujące na zaawansowany stopień kursu językowego. W końcu wypada się zacząć uczyć ;) jesień przyszła.
10 września, 2007
takie tam
Moja wczorajsza rozmowa z Krzyśkiem:
On: oglądam Twojego bloga
Ja: I?!
On: Tylko jedzenie?! Nudna jesteś…
No i jak to takiego nie walnąć?!
A tak na poważnie to jednak on ma rację, w końcu gotowanie nie jest jedyną moją pasją.
Tyle, że ja mam zrywy. Najpierw siedzę godzinami z koralikami i dłubię jakieś świecidełka. Potem zapalam się pomysłem haftowania i odstawiam w kąt pozostałe rzeczy. Albo namiętnie oglądam filmy. Chyba już po prostu taka jestem. Od zrywu do zrywu, od namiętności i pasji do chwilowego znudzenia. Na szczęście zawsze wracam do moich hobby. W sumie po to by po kilku dniach / tygodniach zostawić dla kolejnego / poprzedniego. Na szczęście miłość do kuchni mi nie przechodzi, bo inaczej żylibyśmy na puszkowym i mrożonkowym jedzeniu.
No znikam
Wezwanie pod prysznic dostałam ;-)
Dobranoc
PS. Jakby komuś się chciało :-D to komentarze mile widziane ;) tak wiem wiem marudzę
Papa ;-)
On: oglądam Twojego bloga
Ja: I?!
On: Tylko jedzenie?! Nudna jesteś…
No i jak to takiego nie walnąć?!
A tak na poważnie to jednak on ma rację, w końcu gotowanie nie jest jedyną moją pasją.
Tyle, że ja mam zrywy. Najpierw siedzę godzinami z koralikami i dłubię jakieś świecidełka. Potem zapalam się pomysłem haftowania i odstawiam w kąt pozostałe rzeczy. Albo namiętnie oglądam filmy. Chyba już po prostu taka jestem. Od zrywu do zrywu, od namiętności i pasji do chwilowego znudzenia. Na szczęście zawsze wracam do moich hobby. W sumie po to by po kilku dniach / tygodniach zostawić dla kolejnego / poprzedniego. Na szczęście miłość do kuchni mi nie przechodzi, bo inaczej żylibyśmy na puszkowym i mrożonkowym jedzeniu.
No znikam
Wezwanie pod prysznic dostałam ;-)
Dobranoc
PS. Jakby komuś się chciało :-D to komentarze mile widziane ;) tak wiem wiem marudzę
Papa ;-)
05 maja, 2007
miasto moje a w nim...
Zbieram się od ubiegłego tygodnia żeby coś napisać. Wszystko, co układałam w głowie, gdy miałam wolną chwilę znikało, gdy siadałam do kompa.
Dziś postanowiłam się zmusić, dość milczenia, wypada od czasu do czasu coś napisać, inaczej, po co posiadać bloga?
Za tydzień lecę na 12 dni do Polski. Dość niespodziewanie, ale cieszę się. We wtorek kończy mi się kontrakt z Pfizerem i postanowiłam pozałatwiać swoje sprawy, odwiedzić rodzinę, iść do ginekologa i dentysty.
Będzie mi brakowało pracy z Gawinem i Tomkiem, miło się z nimi pracuje, choć czasem z Tomkiem mamy burzliwe momenty – wiadomo jak to jest, gdy spotykają się dwie osoby o bardzo niezależnych charakterach. Mimo wszystko będę tęsknić za tą pracą, za wstawaniem porannym i oglądaniem wschodu słońca, za uczuciem, że rano to miasto należy do mnie. Bo tak się czuję, gdy po 7 przemierzam dość spokojne jeszcze ulice centrum, że to miasto jest moje, mówi do mnie, przytula i przygarnia. Po południu, gdy wracam z pracy nie czuję już tego tak dokładnie, za to dominuje inne uczucie – solidarności i związania z innymi przybyszami. Dublin przygarnął nas wszystkich, ludzi z innych części Irlandii, imigrantów z nowych krajów Unii, przybyszy ze „starej” Europy, mieszkańców Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu. Koło siebie w autobusach siedzą przedstawiciele różnych nacji, religii i poglądów. Nie mówię, że asymilacja i integracja przechodzą łatwo, są tacy, którzy odnajdują się tu dość szybko i tacy, którzy nie radzą sobie z tęsknotą.
Ja jestem gdzieś pośrodku. Są tygodnie, gdy nie odczuwam tęsknoty za krajem, – bo że za rodziną to normalne, ale niekiedy bardzo mnie przyciska, chcę znów zobaczyć góry, śnieg czy poczuć trzydziestokilku stopniowe upały. Ale to szybko mi przechodzi.
Powoli zaczynam to miejsce nazywać swoim domem. Wiem, że niektórzy poczują się zgorszeni moją wypowiedzią, ale tak po prostu czuję. Polska zawsze będzie krajem mojego urodzenia, dzieciństwa i młodości, ale z to z Irlandią wiążę długoterminowe plany.
W tym kraju chcę przeżyć najbliższe kilka lat czy też kilkadziesiąt. Zależy od tego, co przyszłość przyniesie.
No na dziś pisania wystarczy, zabiorę się za oglądanie filmów i malowanie paznokci ;)
Miłego wieczoru drodzy czytelnicy i miłego długiego weekendu.
Dziś postanowiłam się zmusić, dość milczenia, wypada od czasu do czasu coś napisać, inaczej, po co posiadać bloga?
Za tydzień lecę na 12 dni do Polski. Dość niespodziewanie, ale cieszę się. We wtorek kończy mi się kontrakt z Pfizerem i postanowiłam pozałatwiać swoje sprawy, odwiedzić rodzinę, iść do ginekologa i dentysty.
Będzie mi brakowało pracy z Gawinem i Tomkiem, miło się z nimi pracuje, choć czasem z Tomkiem mamy burzliwe momenty – wiadomo jak to jest, gdy spotykają się dwie osoby o bardzo niezależnych charakterach. Mimo wszystko będę tęsknić za tą pracą, za wstawaniem porannym i oglądaniem wschodu słońca, za uczuciem, że rano to miasto należy do mnie. Bo tak się czuję, gdy po 7 przemierzam dość spokojne jeszcze ulice centrum, że to miasto jest moje, mówi do mnie, przytula i przygarnia. Po południu, gdy wracam z pracy nie czuję już tego tak dokładnie, za to dominuje inne uczucie – solidarności i związania z innymi przybyszami. Dublin przygarnął nas wszystkich, ludzi z innych części Irlandii, imigrantów z nowych krajów Unii, przybyszy ze „starej” Europy, mieszkańców Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu. Koło siebie w autobusach siedzą przedstawiciele różnych nacji, religii i poglądów. Nie mówię, że asymilacja i integracja przechodzą łatwo, są tacy, którzy odnajdują się tu dość szybko i tacy, którzy nie radzą sobie z tęsknotą.
Ja jestem gdzieś pośrodku. Są tygodnie, gdy nie odczuwam tęsknoty za krajem, – bo że za rodziną to normalne, ale niekiedy bardzo mnie przyciska, chcę znów zobaczyć góry, śnieg czy poczuć trzydziestokilku stopniowe upały. Ale to szybko mi przechodzi.
Powoli zaczynam to miejsce nazywać swoim domem. Wiem, że niektórzy poczują się zgorszeni moją wypowiedzią, ale tak po prostu czuję. Polska zawsze będzie krajem mojego urodzenia, dzieciństwa i młodości, ale z to z Irlandią wiążę długoterminowe plany.
W tym kraju chcę przeżyć najbliższe kilka lat czy też kilkadziesiąt. Zależy od tego, co przyszłość przyniesie.
No na dziś pisania wystarczy, zabiorę się za oglądanie filmów i malowanie paznokci ;)
Miłego wieczoru drodzy czytelnicy i miłego długiego weekendu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)