26 września, 2008
Eat out - czyli gdzie zjesc w Dublinie
Odwiedziłam w ciągu ostatnich 2 lat kilka wykwintnych restauracji podczas spotkań firmowych.
Do obecnej firmy trafiłam w na początku lipca 2007 roku. Na tzw. „dzień dobry” trafiłam na „grils night out” sponsorowaną przez firmę. Zresztą wyjścia pań z mojej firmy stanowią tradycję u nas w pracy. Co kilka miesięcy wychodzimy wszystkie panie, w ilości aż 17tu (na 80 pracowników) na kolację, ewentualnie przedstawienie i kilka drinków.
Wyjścia są sponsorowane z firmowego funduszu socjalnego. Bardzo je lubimy, dają nam możliwość nie tylko zacieśnienia więzi, na co brakuje czasu podczas pracy, ale również skosztowania niesamowitego jedzenia.
Pierwsza kolacja firmowa, w której brałam udział odbywała się w The FXB Steak and Seafood Restaurant. Do dziś pamiętam, co jadłam: bardzo mocno wysmażonego stek z pieczonymi ziemniakami, zielonymi warzywami i sosem z czerwonego wina a na deser lody. Czysta rozkosz na języku. Zresztą wszystkie do dziś wspominamy tamtą kolację. Jednym minusem był pośpiech, w związku z przedstawieniem, na które się wybierałyśmy. Wiem jedno – jeszcze tam wrócę. Koszt pełnego posiłku dla jednej osoby z winem to około 50 euro.
I zdecydowanie jest to posiłek wart każdego wydanego na niego centa.
Następną imprezą firmową było „Christmas Part” odbywające się w The Louis Fitzgerald Hotel. I o ile podczas tej kolacji jedzenie nie było aż tak rewelacyjne, to podczas kolejnego spotkania firmowego w tym hotelu przekonałam się, że warto zapamiętać to miejsce. Opiszę drugą wizytę. Pierwsza była za sztywna i za oficjalna i stanowczo za nudna, żeby się rozpisywać. Wiosenna kolacja w LF Hotel była najkrótszą z dotychczasowych, jednakże jedną z najbardziej udanych. Skusiłam się na stek, zresztą to nie jest nic niezwykłego jak na mnie. Uwielbiam steki i jeśli mam okazję (czyt. jeśli nic innego w menu mnie nie zainteresuje, biorę stek) korzystam z szansy na skosztowanie.
W sumie smaku mięsa nie pamiętam, aż tak, za to pamiętam wrażenie idealnie skomponowanego posiłku. Delikatne pieczywo, świeże masło i pasztet na przystawkę, następnie stek z frytkami i warzywami oraz sosem pieprzowym oraz lody pistacjowe i dobra, mocna kawa na podsumowanie. Odczucia można porównać do idealnie skomponowanego utworu muzycznego, który powoli rozbudza apetyt i kubki smakowe, mocno uderza daniem głównym, by następnie podsumować całość wykwintnym deserem. Niestety nie znam cen w lokalu, gdyż otrzymałyśmy menu bez cen, a firma się nie pochwaliła wydatkami.
Cdn.
08 kwietnia, 2007
wodospad i ogrody w Powerscourt
Dziś odwiedziliśmy Powerscourt, piękny kawałek irlandzkiej ziemi, położony niedaleko Bray. Wybraliśmy się we 3, Krzysiek, Łukasz i ja. Początkowo zabłądziliśmy, ale na dobre nam to wyszło. W planach mieliśmy najpierw odwiedzenie ogrodów, a następnie wodospadu, ale los zadecydował inaczej. Podjechaliśmy pod wodospad, oczywiście zaliczając po drodze punkt opłat 5 e od osoby. Gdy podjechaliśmy na parking niedaleko wodospadu pierwszy szok. Kilkanaście samochodów, ludzie siedzą na ławeczkach grillują, piją piwko, są dość głośno, lecz kulturalnie. Poszliśmy dalej, okazało się, że scenka za nami to był przedwstęp do tego, co przed nami. Około pięćdziesięciu samochodów, trzy razy tyle ludzi, głównie przybysze z nowych państw unijnych, sądząc po strojach i języku. Kobiety w długich spódnicach, obwieszone biżuterią, mężczyźni o śniadych twarzach i czarnych jak noc włosach. Głośni i mocno rzucający się w oczy. Między nimi sporo przemykających się Polaków i Azjatów. Widok niecodzienny. Unoszący się zapach piekącego się mięsa i odgłosy muzyki dobiegającej z każdego samochodu tworzyły przedziwną kompozycję na tle wznoszącego się wodospadu Powerscourt. Jest to najwyższy wodospad w Irlandii, wody rzeki Dargle spadają w nim z wysokości ok. 130 m.
Zresztą możecie zobaczyć to na zdjęciach .
Przy wyjeździe zauważyliśmy, że sporo osób wybiera się nad wodospad. Nasze zdziwienie było tym większe, że korek utworzony z samochodów czekających na wjazd ciągnął się ponad 2 km. Po ok. 20 min drogi byliśmy na terenie, na którym mieszczą się ogrody i pole golfowe.
Ogrody w Powerscourt zostały założone w latach 30 XVIII wieku przez pierwszego wicehrabiego Powerscourtu Richarda Wingfielda. Ostateczny wygląd ogrodom nadał siódmy wicehrabia, który przywiózł z kontynentu wiele posągów, urn i bram. W połowie lat 70 tych XX wieku w pałacu Powerscourt wybuch pożar, który doszczętnie strawił wnętrze pałacu. Ogrody ocalały. Na chwilę obecną odrestaurowano parter pałacu. Mieszczą się tam sklepiki i restauracja. Przy wyjściu z pałacu można kupić lody włoskie vel kręcone. Nie widziałam ich tutaj. Całkiem niezłe są, choć do starych dobrych lodów z budki na słonecznej się nie umywają.