Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieści. Pokaż wszystkie posty

27 lutego, 2017

One day

Dzisiejszy dzien dal mi w kosc. Pod koniec dnia pracy mialam ochote walnac komus i zjesc tone frytek. Ale sie nie poddalam. Trzymalam sie mojej rozpiski i jestem z tego bardzo zadowolona. 


Jak to mowi niania mojego dziecka - one day at a time...

Teraz czas do nauki - egzaminy same sie nie zdadza

02 sierpnia, 2009

Przeprowadzka

Od pewnego czasu po głowie krążyła mi myśl, że czas za zamknięcie kulinarnego bloga i rozdziału w moim życiu z nim związanego. Mąż przekonał mnie jednak, że nie mogę tak o zlikwidować części samej siebie, w związku z tym blog zostanie, choć nie będę zamieszczać na nim nowych przepisów. Postanowiłam rozpocząć nowego bloga związanego nie tylko z kuchnią ale również z naszymi podróżami oraz różnego rodzaju dziełem rąk własnych.

Zapraszam w odwiedziny pod nowym adresem
U Agaty

I dziękuję Wam wszystkim za czas spędzony ze mną, wszystkie miłe słowa i wsparcie.


Pozdrawiam serdecznie
Agata

28 kwietnia, 2009

Przerwa

Dawno temu obiecałam sobie, że zawieszę działalność bloga, jeśli poczuję, że z przyjemności staje się on obowiązkiem. Ten dzień nadszedł. Mam nadzieje, że to tylko zmęczenie materiału spowodowane nadmiarem stresu, nauki do egzaminów i kilku osobistych problemów, jakie pojawiły się w ubiegłych tygodniach. Mam nadzieję, że za jakiś czas wrócę, pełna sił i chęci do pisania.

Nie znikam zupełnie, będę odpowiadać na Wasze komentarze, maile i wiadomości.

Miłego popołudnia wszystkim życzę

Agata

14 stycznia, 2009

Konkurs Blog Roku 2008 - etap II

Jakiś czas temu zgłosiłam mojego bloga do konkursu Blog Roku (ah ta próżność ;-) ).
Dziś zaczął się kolejny etap konkursu a mianowicie głosowanie czytelników, czyli do Was moi drodzy należy decyzja które blogi przejdą do kolejnego etapu.
Serdecznie zapraszam do głosowania (nie tylko na mnie ;-) ).


I dla przypomnienia za stroną konkursową:
http://www.blogroku.pl/zasady.html
Głosowanie w tym etapie Konkursu polega na wysłaniu SMS na numer 7144. W treści SMS konieczne jest podanie unikalnego numeru bloga, na który chcemy oddać swój głos. (Uwaga! W treści SMSa należy umieścić jedynie numer bloga, nie należy umieszczać w niej żadnych dodatkowych znaków ani spacji.) Koszt SMSa to 1,22 zł brutto (1 zł + 22% VAT).

Numer mojego bloga to H00431

W głosowaniu może wziąć udział dowolna osoba, przy zastosowaniu zasady, że z jednego numeru telefonu można oddać jeden głos na dany blog. Ponowne zagłosowanie na ten sam blog nie jest możliwe. Można jednak głosować – z wykorzystaniem tego samego numeru telefonu – na inne blogi biorące udział w Konkursie.

W efekcie tego głosowania do kolejnego etapu Konkursu – oceny blogów przez Kapitułę Konkursu oraz głosowania - wyboru najlepszych Blogów Blogerów - przejdą blogi, które otrzymają największą liczbę głosów. W każdej z kategorii powstanie lista takich 10 blogów.
Wszystkie osoby głosujące w II i III etapie Konkursu mają szansę na wygranie jednego z 10 aparatów fotograficznych Casio Exilim EX-Z80 o wartości 499 zł każdy. Szczegółowe zasady przyznawania nagród zostały opisane w Regulaminie „Nagrody dla głosujących”.

23 grudnia, 2008

życzenia




Boże Narodzenie to czas,
by przesłać Wam najserdeczniejsze życzenia
miłości, spokoju i radosnych chwil
spędzonych w gronie rodziny



życzą Agata i Krzysiek

ps. Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie jakiego udzieliliście mi w mijającycm roku.

14 grudnia, 2008

Open sandwich i garść wieści


Zbliżają się Święta, lecz ja od kilku dni nie jestem w stanie się cieszyć. W mojej firmie przeprowadzono redukcję etatów, ot recesja i cięcie kosztów. I niestety mnie też zredukowano. Poczułam się tak bardzo dotknięta tym i zraniona. Zwłaszcza, że miesiąc temu szefostwo obiecywało zapłacić za mój kolejne studia, chwalono mnie itd. I we wtorek dostaję tel od dyrektora finansowego. Byłam przekonana, ż dostanę lekki ochrzan za to, że spóźniłam się z podsumowaniem miesiąca o jeden dzień. Rozmowa zaczęła się tak, że myślałam, ż dostanę awans albo podwyżkę. Tu w pewnym momencie – przykro nam…..
Cóż bolało i wciąż boli.
Dołożyły się do tego problemy ze zdrowiem i nastrój świąteczny prysnął szybciej niż bańka mydlana.

Pomyślałam, że należy Wam się wyjaśnienie, czemu będzie mnie mało na blogu i czemu nie będzie tu szczególnie świątecznie.


Ale żeby nie było zbyt smutno podzielę się z Wami naszym nowym odkryciem na ciepłą kolację lub spokojny leniwy lunch. Jest to po prostu wariacja nt kanapki, lecz bardzo ciekawa i sycąca.
Jest to też danie, do którego można wykorzystać resztki z obiadu
.


Open sandwich z kurczakiem i boczkiem
Składniki:
Na 2 osoby:
2 podłużne bułki
1 pomidor pokrojony w plasterki
1 ugotowana pierś z kurczaka
2 plasterki boczku
Łyżka majonezu
1 ogórek konserwowy pokrojony w plasterki
Kilka plasterków surowego ogórka
1 zielone cebulka
1 łyżeczka oliwy
½ łyżeczki pikantnej przyprawy do grilla
Sól i pieprz

Przygotowanie
Pierś z kurczaka pokroić w plasterki i wymieszać z przyprawą do grilla i oliwą. Boczek pociąć na paski i podsmażyć (nie trzeba tłuszczu, to, co się wytopi z boczku to aż nadto). Gdy boczek będzie zarumieniony dodać kurczaka i wymieszać. Następnie pokroić cebulkę. Dodać do smażących się mięs i wymieszać. Zdjąć z palnika i przykryć, żeby nie wystygło. Bułki rozciąć, ale tak, żeby pozostały połączone. Podpiec w tosterze lub na grillu aż zrobią się chrupiące i rumiane. Posmarować bułki majonezem, na jednej ułożyć ogórka świeżego na drugiej plasterki pomidora i ogórka konserwowego, doprawić solą i pieprzem. Następnie rozłożyć boczek i kurczaka na kanapkach i podawać. Do jedzenia przydają się noże i widelce.



Smacznego.

English version: http://agataskitchen.blogspot.com/2009/01/open-sandwich-with-chicken-and-bacon.html

13 września, 2008

po przerwie

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo ciężkie. Nie pisałam z wielu powodów. Najpierw problemy techniczne z blogiem, potem posypał się nam Internet a następnie mój ukochany laptop wyzionął ducha. Nie wspominając o aparacie, który został zalany przypadkowo Martini i przestał funkcjonować. W międzyczasie byliśmy na wakacjach na Ibizie, chrzcinach w UK i odwiedziliśmy Polskę. Nazbierało się również wiele problemów ze zdrowiem i psychiką, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. W pewnym momencie uzmysłowiłam sobie, że chwilowo nie mogę prowadzić bloga bo nie mam o czym pisać. Gotowanie przestało sprawiać mi jakąkolwiek radość i traktowałam to jako obowiązek i to na dodatek przykry.
Od kilku dni jednak coraz częściej się uśmiecham, myślę o tym, że jest przyszłość i że niekoniecznie ma tylko ciemne barwy. Wczoraj pierwszy raz od dawna poczułam potrzebę przygotowania czegoś nowego. Zaskoczenia Krzyśka i siebie samej czymś nowym i wykwintnym. Może wpłynęła na to świadomość, że ponownie zaczynam studia, że mam znów zielone światło od lekarzy na treningi a co za tym idzie czas na gotowanie będzie bardzo ograniczony, a przez to cenny. Nie obiecuję, że będę często pisać, ba nawet nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda, lecz jeśli kogokolwiek to interesuje, to wracam do pisania i gotowania. I się nie poddam, bo wreszcie widzę światełko w tunelu.

Miłego dnia
Agata

11 maja, 2008

Wołowina z musztarda




Mam masę zaległości w pisaniu notek, powodów jest kilka, szwankujące zdrowie, problemy w pracy oraz intensywny czas podczas wizyty rodziców Krzyśka. Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości w miarę szybko.

Wczoraj usłyszałam od męża niesamowity jak na niego komplement. „Kochanie ta wołowina jest przepyszna”. Krzysiek nie jest fanem wołowiny, zwłaszcza tutejszej i podchodzi bardzo topornie do dań z nią. Za mną jednakże chodziła wołowina od kilku tygodni i po krótkich poszukiwaniach zdecydowałam się na prosty przepis podany przez Jotkę na Mniam mniamie. Ze względu na brak musztardy Dijon w pobliskim sklepie użyłam zwykłej delikatesowej. Uzyskałam zgodę autorki na opublikowanie przepisu tu, co niniejszym czynię.


Wołowina Dijon wg Jotki z moimi modyfikacjami:

Ok. 500 g wołowiny
2 marchewki
½ pora
Kawałek selera
1 pietruszka
Ćwiartka małej kapusty
1 cebula
Sól, pieprz, zioła
Musztarda delikatesowe
3 łyżki oliwy z oliwek
Bułka tarta

Przygotowanie:
Por, kapustę i cebulę umyć, marchew i pietruszkę obrać i przekroić na pół. Wołowinę włożyć wraz z warzywami do rondla i zalać zimną wodą. Dodać zioła, sól i pieprz. Gotować na wolnym ogniu, aż mięso będzie miękkie ( u mnie zajęło to 4 h). Istotne wg mnie jest żeby mięso było cały czas pod wodą. Ja uzupełniałam płyny wrzącą wodą, dzięki temu rosół nie mętnieje.

Po ugotowaniu mięso wyciągnąć, ostudzić. Posypałam mięso ziołami, polałam odrobiną oliwy. Wstawiłam na noc do lodówki. Następnie pokroiłam na plastry.



Posmarowałam każdy musztardą i obtoczyłam w bułce tartej.




Położyłam w brytfannie, w której dopiekały się pieczone ziemniaki.




Wstawiłam do pieca. Po około 10 min obróciłam na drugą stronę żeby się równomiernie podpiekły.



Podałam z pieczonymi ziemniakami i surówka z kiszonej kapusty. (oba przepisy wklepie jutro)

13 kwietnia, 2008

Quiche z boczkiem, cebulą i pieczarkami




Nie pisałam od Wielkanocy. Brakowało mi blogowania i to bardzo. Na moją czasową nieobecność złożyło się kilka czynników, ale przede wszystkim przeprowadzka do nowego mieszkania. Wciąż jest to wynajmowane mieszkanie, ale dobrze się tu mieszka. Wisi w powietrzu dobry nastrój. Ponadto mamy osobną kuchnię (nareszcie) oraz mam 5 min do pracy spacerkiem. Czegóż chcieć więcej?

A wiem! Częstszego publikowania notek i przede wszystkim odwiedzających.

Po przerwie uraczę Was kilkoma przepisami. Niestety nie dam rady wklepać dziś wszystkich, ale myślę, że szybko nadrobię zaległości i wykorzystam zalegające mój album zdjęcia.



Zacznę od quiche z boczkiem, pieczarkami i cebula.

Jak podaje Wikipedia jest to rodzaj wypieku z farszem z warzyw i/ lub mięsa zalany masa jajeczno śmietanową.

Składniki:
Na ciasto:
150 g masła najlepiej solonego
3 łyżki zimnego mleka
1 jajko
300 g mąki
Ok. ½ łyżeczki soli
1 łyżeczka mieszanki ziół.

Farsz:
200 g boczku wędzonego
400 g pieczarek
1 duża cebula
Sól, olej, pieprz
1 łyżka posiekanego koperku
Słodka i ostra papryka

Masa jajeczno- śmietanowa
3 jajka
200 g kwaśnej śmietany
3 łyżki startego ostrego sera
Sól, pieprz, zioła, słodka i ostra papryka.

Przygotowanie:
Zagnieść ciasto ze wszystkich składników. Za mnie robi to malakser. 1 min i gotowe.
Ciasto zawinąć w papier lub folię i wsadzić do lodówki na około 30 min.

Pokroić boczek w kostkę. Rozgrzać olej na patelni. Wrzucić boczek i smażyć. Cebulę pokroić w piórka dorzucić do boczku. Smażyć aż boczek będzie rumiany a cebula złota. Przełożyć na miskę. Pokroić pieczarki. Ponownie rozgrzać olej i podsmażyć pieczarki. Doprawić, wymieszać z koperkiem. Przełożyć do osobnej miski.
Rozgrzać piekarnik do temperatury 180 stopni C.



Ciasto rozwałkować. Jeśli jest go za dużo można użyć tak jak ja na wierzch. Wykleić nim formę tarty, podziurkować widelcem, obciążyć i podpiec ok. 15 min.


Następnie zdjąć obciążniki wstawić ciasto ponownie na 5 min do piekarnika żeby się zarumieniło.



W międzyczasie rozbełtać jajka ze śmietaną, doprawić i połączyć z serem.


Na podpieczone ciasto wyłożyć boczek, następnie pieczarki i zalać masą jajeczną. Na wierzch zetrzeć resztę ciasta.


Piec około 30 – 40 min w temp 180 stopni C.
Moja forma na tarty ma średnicę 24 cm.


Moi chłopcy byli więcej niż ucieszeni, że zostało na następny dzień.

01 stycznia, 2008

podsumowanie

Rok 2007, przeminął kilka godzin temu. Zastanawiałam się nad tym jak go podsumować. Przede wszystkim był długi i intensywny. Przyniósł wiele dobrych rzeczy, kilka nieokreślonych i kilka złych.
Na wielu blogach pojawiają się podsumowania roczne, lista najlepszych potraw, zazwyczaj z faworytami miesiąca.
Ja za rzadko piszę żeby wybierać danie miesiąca, ale postanowilam wybrać najlepsze przygotowane przeze mnie potrawy i przypomnieć Wam o nich.

Słodkim faworytem jest Cappuccino Coffee Cake

Obiadowym daniem roku jest Zapiekanka pasterska

A jakie mam plany na 2008?
- dbać o siebie
- częściej pisać na blogu i dzielić się z Wami pomysłami na dobre jedzenie
- zacząć systematycznie ćwiczyć
- systematycznie się uczyć
- znów planować dzień, tydzień, miesiąc i przestać narzekać na brak czasu
- spędzać mniej czasu przy komputerze
- poprowadzić bloga w wersji angielskiej
- kochać sama siebie taką, jaką jestem, a nie tylko od czasu do czasu
- zrobić prawo jazdy
- wyjechać we wakacje, choć na kilka dni do ciepłych krajów na urlop

I wierzę, że się uda.



Szczęliwego Nowego Roku!

29 grudnia, 2007

świąteczny czas

Dla mnie grudzień oznacza przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Piękny czas, pełen radości, światełek, zapachu piernika i pomarańczy. Boże Narodzenie to czas tradycji, tych celebrowanych w rodzinie od wieków i tych nowych, stworzonych przez nas samych.
W naszym domu staramy się połączyć tradycje obu rodzin, z których się wywodzimy oraz dodać, co nieco od siebie. Moment, gdy ubieramy choinkę, gasimy światło i zapalamy światełka ma dla mnie magiczną moc, wszystko, co złe się zdarzyło, wszystko mroczne, co czujemy ucieka i zostaje tylko piękno bożonarodzeniowego drzewka.




Święta to nie tylko czas pięknych dekoracji, to również jedzenie, dużo pysznego jedzenia. Moją ulubioną potrawą wigilijną jest żur z ziemniakami i grzybami. Mogłabym to jeść prawie codziennie. Krzysiek przepada za sałatką śledziową wg przepisu swojej mamy. Jest wielce zadowolony, że ja śledzi nie jadam i cała jest dla niego. Ponadto ciasta, obowiązkowy sernik oraz makowiec i wafel dla Krzyska. Mój zachłanny małżonek w tym roku jadł go na śniadanie i kolację i każdą możliwą przekąskę i wielce zdziwiony oświadczył wczorajszego popołudnia, że już zjadł wszystko, oczywiście z miną Kubusia Puchatka, przyłapanego na wylizaniu wszystkich baryłek miodu.

Czas świąteczny jednak już przeminął, prezenty odpakowane, smakołyki zjedzone, tylko drzewko wciąż stoi i nadaje magiczny wymiar naszym dniom.

29 października, 2007

Dyniowo

Festiwal dyni trwa. Nie wiedziałam, na co się zdecydować, jako że z dynią nie mam żadnych kulinarnych doświadczeń.
Wybrałam pewnik – http://www.cincin.cc/index.php?showtopic=734 ciasto Bajaderki dyniowo – pomarańczowe. Odrobinę zmodyfikowałam przepis w trakcie. Zamiast skórki pomarańczy dałam do miksującej się dyni 2 pomarańcze. Wyszły mi 3 szklanki musu. Połowę wrzuciłam do ciasta a 2 połowę do zamrażalki, będzie na następny raz. Zamiast orzechów i daktyli dałam rodzynki. Dodałam ciut więcej cynamonu i przyprawę do piernika.
A na wierzch lukier cytrynowo pomarańczowy

Wyszło pycha.



Jednak zanim zabrałam się za ciasto urządziliśmy z Krzyśkiem zabawę w robienie lampionu z dyni. On zajął się częścią wymagająca siły, czyli wydrążył w środku a ja realizowałam się artystycznie wycinając buźkę na dyni. A oto jak wyglądała nasza praca i jej efekty.
Krzysiek podczas pracy.

Efekt mojego realizowania się artystycznego ;)



Dynia - lampion. Pięknie wyglądała świecąc nocą.











30 września, 2007

Przetworowo

Miałam nie robić przetworów. Są ogólno dostępne w sklepach, w znośnych cenach, więc sensu większego nie było. Tyle, że źle mi z tym było. Tak wiem mam nie po kolei w głowie. W każdym bądź razie dziś przy okazji bytności w mieście odwiedziliśmy targ warzywny koło Henry Street. Kupiliśmy melony, nektarynki, mandarynki, śliwki i jabłka. Oczywiście w małych ilościach. Wolę więcej a różnorodnie, zresztą miejsca za wiele w domu to nie ma na trzymanie słoików.
Ale mimo wszystko spiżarnia się już powiększyła o śliwkową nutellę, dżem z brzoskwiń z dodatkiem cytryny i białego wina. A jutro skończę smażenie konfitury z mandarynek z cynamonem i konfitury
z melona, jabłek, nektarynek i cytryny z pałkami kory cynamonu.
A wieczorem spróbuję zrobić jakąś sałatkę do słoików z kapusty, ogórków, pomidorów, marchwi i cebuli. O ile będę mieć siły.

Lubię zapach smażących się konfitur unoszący się w domu. Czuję się wtedy bezpiecznie i spokojnie. Żadna wichura, zamieć i ulewa mi nie straszna, gdy w spiżarni mąka, jaja, dżem i cukier. A tych produktów u mnie pod dostatkiem.

Gdy zrobię zdjęcie moim przetworom wrzucę się pochwalić.

Dobranoc wszystkim

11 września, 2007

Fałszywki

Dziś znów będzie bezkulinarnie
Ale za to z gatunku wieściowo – przemyśleniowego.


Dawno nie zaglądałam na forum mojego rodzinnego miasta. Kilka tygodni chyba. Głównie z braku czasu i w sumie nie chciałam się mieszać w sprawy, o których bądź, co bądź nie są już „moimi”. No ale diabeł mnie podkusił i zajrzałam wczoraj, zajrzałam dzisiaj. I przypomniałam sobie, czemu się tak rzadko udzielam. Irlandia oraz podziemie i ciocin nauczyły mnie, że owszem, można się z kimś nie zgadzać, można żarliwie dyskutować, ale powinno się to robić pod względem merytorycznym, z klasą, opanowaniem i poszanowaniem dla pozostałych rozmówców. Zapomniałam, jak było tam, że pieniactwo się pojawia, że ludzie wyjeżdżają z ciosami poniżej pasa, że robią wycieczki osobiste. Pokazują, że łatwiej jest napisać, co się pojawiło w głowie bez względu na to, że to rani innych niż pomyśleć i odpowiedzieć inteligentnie i z dowcipem. Smutno mi się zrobiło, potem się zdenerwowałam, bo nie lubię jak ktoś mnie miesza do czegoś, do czego sama się nie pcham. Owszem zostałam przeproszona, za pomocą prywatnej wiadomości, a nie na forum publicznym gdzie rzucono takim a nie innym stwierdzeniem. W sumie po całej sprawie pozostał niesmak i zażenowanie. A i smak budyniu waniliowo czekoladowego podjadanego podczas całego „zajścia”.

I tak się tylko zastanawiam, czemu ludzie myślą, że są anonimowi, że mogą pisać, co im się żywnie podoba, bo tak, skoro tak nie jest. Żadne z nas nie jest anonimowe, tak do końca. Można udawać, grać kogoś, kim się nie jest, zmieniać wirtualną płeć, wiek, orientację, ale i tak spod fałszywki wychodzi to, kim jesteśmy naprawdę. Nie można tak do końca zmienić stylu pisania, w nerwowych momentach wychodzą takie a nie inne przyzwyczajenia, informacje itd. Zresztą, po co to? Nie lepiej stać z otwartą przyłbicą mówiąc – to ja. Czy w tym świecie jest nie dość zakłamania, fałszu i podróbek, żeby chować się za atrapą własnej osobowości? Nie sądzę żeby udało mi się to zrozumieć, może, dlatego że pomimo tego, że czasem się nie lubię, czasem nie akceptuję tego, co zrobiłam, kim byłam, jakie „trupy trzymam w szafie” to wiedziałam, że ja to ja – jestem sobą i dobrze się w swojej skórze czuję, pomimo bagażu.

No koniec pisaniny na dziś, czas iść spać.

PS. Trzymajcie jutro za mnie kciuki po 18 mojego czasu. Mam testy z angielskiego aplikujące na zaawansowany stopień kursu językowego. W końcu wypada się zacząć uczyć ;) jesień przyszła.

10 września, 2007

takie tam

Moja wczorajsza rozmowa z Krzyśkiem:

On: oglądam Twojego bloga

Ja: I?!

On: Tylko jedzenie?! Nudna jesteś…


No i jak to takiego nie walnąć?!

A tak na poważnie to jednak on ma rację, w końcu gotowanie nie jest jedyną moją pasją.
Tyle, że ja mam zrywy. Najpierw siedzę godzinami z koralikami i dłubię jakieś świecidełka. Potem zapalam się pomysłem haftowania i odstawiam w kąt pozostałe rzeczy. Albo namiętnie oglądam filmy. Chyba już po prostu taka jestem. Od zrywu do zrywu, od namiętności i pasji do chwilowego znudzenia. Na szczęście zawsze wracam do moich hobby. W sumie po to by po kilku dniach / tygodniach zostawić dla kolejnego / poprzedniego. Na szczęście miłość do kuchni mi nie przechodzi, bo inaczej żylibyśmy na puszkowym i mrożonkowym jedzeniu.

No znikam
Wezwanie pod prysznic dostałam ;-)

Dobranoc


PS. Jakby komuś się chciało :-D to komentarze mile widziane ;) tak wiem wiem marudzę

Papa ;-)

20 lipca, 2007

troche wieści i ryż ala ripper

Zbieram się do napisania tej notki i zebrać nie mogę. Powodów kilka: dom, nowa praca, podziemie i cin, znajomi i rodzinka, no i mąż.
Ale po kolei:
Nowa praca – największe novum u mnie. Co robię? Pracuję w dziale księgowości w jednej z dublińskich firm zajmujących się dostarczaniem materiałów hydraulicznych i grzewczych. Praca jest ciekawa, każdego dnia uczę się czegoś nowego. Ludzie bardzo mili. Same pozytywy. No może prawie same, niektórych nie rozumiem i dość mocno mnie to irytuje. Mam bardzo miłe koleżanki w pracy i bardzo pomocne, które wiedzą, że im szybciej się zaaklimatyzuję tym lepiej dla wszystkich.

A co w domu? Poza wiecznym bałaganem to niewiele nowego, ot dywaniki w łazienkach, kieliszki do wina, i porządki w spiżarni.

Na obu forach czasu spędzam mało, po powrocie z pracy zazwyczaj szybko padam.

U mamy ok., u Magdy też raczej tak.

A Mąż? A Pan i Władca wrócił tydzień temu z 2tygodniowego urlopu w Polsce. Odpoczął trochę, ponarzekał na mnie, spędził czas z rodzinką i znajomymi, ograł Mava kilka razy w kulki, czyli to, co Krzysie lubią najbardziej. A potem wrócił stęskniony i pełen dobrych chęci. I powoli nasze małżeństwo wychodzi na prostą. Wierzę, że się uda. A raczej oboje wierzymy. I w tym miejscu chciałam podziękować wszystkim, którzy wspierali i wspierają nas, w szczególności Mavowi za cierpliwość i wytrzymywanie mojego marudzenia, dziewczętom z podziemia i cina za wsparcie, podbuntowywanie, przywoływanie mnie do pionu etc. Bez Was to nie byłoby możliwe.

A teraz coś kulinarnego – pomysł mojego męża na zagospodarowanie porosołewego kurczaka.
Bardzo mi to smakowało. Niestety bez zdjęcia, ale i tak żywię nadzieję, że któreś z Was się skusi.

Kurczak z ryżem w przyprawie chińskiej – 5 smaków

Na 2 osoby potrzeba:
Torebkę ugotowanego ryżu, max 12 min
Trochę ugotowanego kurczaka podzielonego na małe kawałki
Oliwa z oliwek
Przyprawa chińska 5 smaków (dużo)
Zioła prowansalskie
Majeranek
Oregano
Pietruszka zielona – natka
Słodka papryka
Papryka ostra
Przyprawa do kurczaka
Pieprz
Sól
2 jajka

Podsmażyć kurczaka na oliwie, (cienkie paseczki – najlepiej porwać palcami)
Posypać przyprawą do kurczaka, następnie dodać resztę przypraw.
Smażyć aż kurczak zrobi się złoty i chrupiący.
Jajka rozbełtać w miseczce z solą, pieprzem i odrobiną pietruszki.
Zdjąć patelnie z ognia, wsypać ryż, podlać oliwą odrobinę, przykryć czymś, bo będzie strzelało. Położyć ponownie na ogniu. Po ok. 2 min pomieszać, żeby ziarenka się nie zlepiały. Gdy ryż zaczyna się robić szklisty dodać jajka. I delikatnie mieszać, żeby się ziarenka nie pozlepiały. Jajka mają być ścięte i suche.
Podawać z jakimiś warzywami
Ja jadłam z ogórkami konserwowymi.

Podawać ciepłe

Przepis dyktował pan mąż

:)

Mam nadzieję, że będzie Wam smakowało.




27 maja, 2007

kilka słów po urlopie




I znów długa przerwa w pisaniu.
Zresztą nawet nie wiem czy kogokolwiek interesuje to, co piszę, no może siostra zagląda albo ktoś ze znajomych.

A czemu mnie tyle nie było?
Odpowiedz prosta - Koniec kontraktu w Pfizerze, potem niecałe 2 tygodnie w Polsce.
Dobrze mi ten wyjazd zrobił.
Zobaczyłam się z mamą i z rodziną, spotkałam się kilka razy z Pawłem, odwiedziłam Ingę, pojechałam po dyplom i powłóczyłam się z Sylwią, uzupełniłam zapasy leków, odwiedziłam dentystę.
Jednym słowem przez 2 tygodnie miałam mało czasu na spanie, dużo zajęć i jeszcze więcej wrażeń. Efekt widać na wadze – 3 kg mniej.
Ja jestem z tego zadowolona, Krzysiek mniej. Żartobliwie nawet groził, że mam zakaz odwiedzania Polski, jeśli będę za każdym razem zrzucała to, co udało mi się nadrobić.

Co jeszcze mogę napisać? Chyba to, co odczułam w Polsce.
Przytłaczająca i osaczające z każdej strony poczucie beznadziei i bezsilności. Prawie każdy ze znajomych, z którymi rozmawiałam zwracał uwagę na to, że jest źle, jest gorzej niż wtedy, gdy wyjeżdżałam, a to tylko pół roku. Brak perspektyw, możliwości rozwoju, problemy ze znalezieniem pracy czy jej utrzymaniem, drogie życie i przede wszystkim brak nadziei. I to chyba najbardziej mnie ruszyło, bo przecież nadzieja to czasem jedyne, co nam zostaje, bez niej nie ma już nic.

Z drugiej strony przykład Ani, rozkwitającej w macierzyństwie. Nigdy nie widziałam tak dobrze wyglądającej i promiennej młodej mamy. Jak na nią patrzyłam to ciężko było uwierzyć, że ta kobieta niecałe 2 miesiące temu urodziła synka. Uśmiechnięta, zadbane włosy, pełna werwy, prawie zero marudzenia i miłość, jaką było widać, gdy patrzyła na małego.

Co jeszcze się działo?
Ano widziałam się z Pawłem, bałam się tego spotkania. Tego, że być może on też uważa, że mój wyjazd przyczynił się do jego choroby. Tego, że między nami nie będzie tak jak było. Na szczęście nasza przyjaźń jest wciąż trwała, dobra, prawie idealna. Byłaby idealna gdyby nie trzeba było wyciągać na siłę z niego komplementów. Żartowałam, jak zwykle mój nienasycony apetyt do słuchania, jaka fajna jestem się odzywa. Cudownie było znów potańczyć z nim, iść na spacer czy herbatkę.

Dobrze było znów zobaczyć Ingusię, mimo, że ostatnio straciłyśmy kontakt. To dobrze było siąść koło niej i rozmawiać jak za starych dobrych czasów.

Spotkałam się też z Gosią, jedyną osobą, spośród znajomych, która jest obok, z którą utrzymuję kontakt od podstawówki.

I Sylwia i mini tradycja – obiad w Sfinxie. Choć tym razem frytki mi nie smakowały tak jak kiedyś.

O rodzince nie będę wspominać, pewne rzeczy są zbyt bliskie sercu, zbyt osobiste by o nich pisać.

Cieszę się, że pojechałam do Polski, że miałam 2 tygodnie na odkrycie tego, że dom to nie miejsce gdzie się urodziłam czy wychowałam, ale miejsce gdzie jest moje serce.
A że ja mam duże serce i wielu ludzi się w nim mieści to mam dwa domy, jeden tu w Dublinie z Krzyśkiem a drugi w Tarnowie z mamą, rodzinką i przyjaciółmi. Nie jest to łatwe, bo wciąż odczuwa się tęsknotę, ale z drugiej strony to pozwala docenić chwile, które się w którymkolwiek z domów spędza.


Myślę, że na dziś wystarczy. Mam gorączkę i mogę troszkę bredzić. A jutro czeka mnie trudny dzień. Mam 2 rozmowy o pracę i to dość wcześnie rano.

Trzymajcie kciuki moi mili.
Dobranoc

05 maja, 2007

miasto moje a w nim...

Zbieram się od ubiegłego tygodnia żeby coś napisać. Wszystko, co układałam w głowie, gdy miałam wolną chwilę znikało, gdy siadałam do kompa.
Dziś postanowiłam się zmusić, dość milczenia, wypada od czasu do czasu coś napisać, inaczej, po co posiadać bloga?

Za tydzień lecę na 12 dni do Polski. Dość niespodziewanie, ale cieszę się. We wtorek kończy mi się kontrakt z Pfizerem i postanowiłam pozałatwiać swoje sprawy, odwiedzić rodzinę, iść do ginekologa i dentysty.
Będzie mi brakowało pracy z Gawinem i Tomkiem, miło się z nimi pracuje, choć czasem z Tomkiem mamy burzliwe momenty – wiadomo jak to jest, gdy spotykają się dwie osoby o bardzo niezależnych charakterach. Mimo wszystko będę tęsknić za tą pracą, za wstawaniem porannym i oglądaniem wschodu słońca, za uczuciem, że rano to miasto należy do mnie. Bo tak się czuję, gdy po 7 przemierzam dość spokojne jeszcze ulice centrum, że to miasto jest moje, mówi do mnie, przytula i przygarnia. Po południu, gdy wracam z pracy nie czuję już tego tak dokładnie, za to dominuje inne uczucie – solidarności i związania z innymi przybyszami. Dublin przygarnął nas wszystkich, ludzi z innych części Irlandii, imigrantów z nowych krajów Unii, przybyszy ze „starej” Europy, mieszkańców Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu. Koło siebie w autobusach siedzą przedstawiciele różnych nacji, religii i poglądów. Nie mówię, że asymilacja i integracja przechodzą łatwo, są tacy, którzy odnajdują się tu dość szybko i tacy, którzy nie radzą sobie z tęsknotą.
Ja jestem gdzieś pośrodku. Są tygodnie, gdy nie odczuwam tęsknoty za krajem, – bo że za rodziną to normalne, ale niekiedy bardzo mnie przyciska, chcę znów zobaczyć góry, śnieg czy poczuć trzydziestokilku stopniowe upały. Ale to szybko mi przechodzi.
Powoli zaczynam to miejsce nazywać swoim domem. Wiem, że niektórzy poczują się zgorszeni moją wypowiedzią, ale tak po prostu czuję. Polska zawsze będzie krajem mojego urodzenia, dzieciństwa i młodości, ale z to z Irlandią wiążę długoterminowe plany.
W tym kraju chcę przeżyć najbliższe kilka lat czy też kilkadziesiąt. Zależy od tego, co przyszłość przyniesie.

No na dziś pisania wystarczy, zabiorę się za oglądanie filmów i malowanie paznokci ;)

Miłego wieczoru drodzy czytelnicy i miłego długiego weekendu.




22 kwietnia, 2007

codzienny dzien

Pierwszy tydzień pracy minął jak z bata strzelił. Prawdopodobnie, dlatego, że niewiele czasu zostawało mi na życie. Mój plan dnia jest dobijający – 5:15 dzwoni pierwszy dzwonek w telefonie – to znak, że mogę się jeszcze na kilka minut wtulić w ciepłe ramiona męża. O 5:30 pobudka, potem śniadanie, ubieranie się, makijaż, sprawdzam czy wszystko spakowane. Robię herbatę na drogę, idę dać buziaka Krzyśkowi i w drogę. 6:20 jestem na przystanku, wolę wcześniej bo kierowcy autobusów jeżdżą bardzo nierozkładowo. Autobus zazwyczaj pusty, na moim przystanku wsiadają 2-3 osoby. Pierwsze kilka przystanków podziwiam wschód słońca, ale po jakiś 10 – 15 min powoli odpływam i drzemię. Budzę się co kilka minut, kontrolując gdzie jestem i ile mi jeszcze czasu zostało.
Wysiadam na Dame Street – szybko zapinam kurtkę, zgarniam „Metro” i „Am Herald” od gazeciarzy i włączam 3 bieg. Po ok. 20 min jestem w pracy. Witam się z Georgem – naszym ochroniarzem, zapalam światła, robię herbatę, otwieram Tomkowi bramę i już jest 8. Szybkie sprawdzenie drukarek, kopiarek, poczty itd. Na każdym z pięter. I zaczyna się segregowanie poczty.
A właśnie bo Wy jeszcze nie wiecie, że pracuję w tzw. mailingroomie. Czyli tłumacząc na polski a takim pokoju gdzie segreguje się i przyjmuje pocztę, wysyła itd.
Praca jest sympatyczna, bardzo mili ludzie pracują w budynku, bardzo pomocni i cierpliwi. Mam już swoich ulubieńców.
A jak dalej wygląda mój dzień? Ok. 12:30 mam przerwę 30 min, jakieś kanapki, deserem, owocek. Czasem spacerek, jeśli tłucze mnie chandra. Kończę o 16. Znów włączam 3 bieg i pędzę pod Habitat, żeby wsiąść w 65b. I znów po kilku minutach odpływam. W domu jestem przy małych korkach koło 18, przy większych ok. 18:30. A gdy są wypadki, niezaplanowane roboty drogowe to i po 19.
Szybki prysznic, potem grzeję obiadek. Krzysiek zmywa, a ja w tym czasie albo prasuje ubranie na następny dzień albo robię kanapki do pracy. I o 21 jestem w łóżeczku grzecznie idę spać. I tylko czekam na weekend, żeby posprzątać, mieć czas na siedzenia na forach czy pogranie.
No ale na dziś koniec pisania – czeka mnie dokończenie obiadu – dziś tradycja aż kipi bo schabowy.

Miłej niedzieli wszystkim

13 kwietnia, 2007

wind

Wiatr zagoscił w moich skrzydłach - znalazłam nową pracę. W centrum, praca biurowa, tzw. junior office clerk, czyli skanowanie dokumentów, wpisywanie ich do rejestrów, archiwizowanie, nic szczególnie trudnego, czy wymagającego poswięceń. Firma w której będę pracować jest jedną z większych w swojej branzy.

narazie to tyle, bo zaraz autobus mi ucieknie.
napisze więcej jak wróce z wojaży po centrum.
miłego dnia