27 maja, 2007

kilka słów po urlopie




I znów długa przerwa w pisaniu.
Zresztą nawet nie wiem czy kogokolwiek interesuje to, co piszę, no może siostra zagląda albo ktoś ze znajomych.

A czemu mnie tyle nie było?
Odpowiedz prosta - Koniec kontraktu w Pfizerze, potem niecałe 2 tygodnie w Polsce.
Dobrze mi ten wyjazd zrobił.
Zobaczyłam się z mamą i z rodziną, spotkałam się kilka razy z Pawłem, odwiedziłam Ingę, pojechałam po dyplom i powłóczyłam się z Sylwią, uzupełniłam zapasy leków, odwiedziłam dentystę.
Jednym słowem przez 2 tygodnie miałam mało czasu na spanie, dużo zajęć i jeszcze więcej wrażeń. Efekt widać na wadze – 3 kg mniej.
Ja jestem z tego zadowolona, Krzysiek mniej. Żartobliwie nawet groził, że mam zakaz odwiedzania Polski, jeśli będę za każdym razem zrzucała to, co udało mi się nadrobić.

Co jeszcze mogę napisać? Chyba to, co odczułam w Polsce.
Przytłaczająca i osaczające z każdej strony poczucie beznadziei i bezsilności. Prawie każdy ze znajomych, z którymi rozmawiałam zwracał uwagę na to, że jest źle, jest gorzej niż wtedy, gdy wyjeżdżałam, a to tylko pół roku. Brak perspektyw, możliwości rozwoju, problemy ze znalezieniem pracy czy jej utrzymaniem, drogie życie i przede wszystkim brak nadziei. I to chyba najbardziej mnie ruszyło, bo przecież nadzieja to czasem jedyne, co nam zostaje, bez niej nie ma już nic.

Z drugiej strony przykład Ani, rozkwitającej w macierzyństwie. Nigdy nie widziałam tak dobrze wyglądającej i promiennej młodej mamy. Jak na nią patrzyłam to ciężko było uwierzyć, że ta kobieta niecałe 2 miesiące temu urodziła synka. Uśmiechnięta, zadbane włosy, pełna werwy, prawie zero marudzenia i miłość, jaką było widać, gdy patrzyła na małego.

Co jeszcze się działo?
Ano widziałam się z Pawłem, bałam się tego spotkania. Tego, że być może on też uważa, że mój wyjazd przyczynił się do jego choroby. Tego, że między nami nie będzie tak jak było. Na szczęście nasza przyjaźń jest wciąż trwała, dobra, prawie idealna. Byłaby idealna gdyby nie trzeba było wyciągać na siłę z niego komplementów. Żartowałam, jak zwykle mój nienasycony apetyt do słuchania, jaka fajna jestem się odzywa. Cudownie było znów potańczyć z nim, iść na spacer czy herbatkę.

Dobrze było znów zobaczyć Ingusię, mimo, że ostatnio straciłyśmy kontakt. To dobrze było siąść koło niej i rozmawiać jak za starych dobrych czasów.

Spotkałam się też z Gosią, jedyną osobą, spośród znajomych, która jest obok, z którą utrzymuję kontakt od podstawówki.

I Sylwia i mini tradycja – obiad w Sfinxie. Choć tym razem frytki mi nie smakowały tak jak kiedyś.

O rodzince nie będę wspominać, pewne rzeczy są zbyt bliskie sercu, zbyt osobiste by o nich pisać.

Cieszę się, że pojechałam do Polski, że miałam 2 tygodnie na odkrycie tego, że dom to nie miejsce gdzie się urodziłam czy wychowałam, ale miejsce gdzie jest moje serce.
A że ja mam duże serce i wielu ludzi się w nim mieści to mam dwa domy, jeden tu w Dublinie z Krzyśkiem a drugi w Tarnowie z mamą, rodzinką i przyjaciółmi. Nie jest to łatwe, bo wciąż odczuwa się tęsknotę, ale z drugiej strony to pozwala docenić chwile, które się w którymkolwiek z domów spędza.


Myślę, że na dziś wystarczy. Mam gorączkę i mogę troszkę bredzić. A jutro czeka mnie trudny dzień. Mam 2 rozmowy o pracę i to dość wcześnie rano.

Trzymajcie kciuki moi mili.
Dobranoc

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

ale mi reklamę zrobiłaś :-)